Drodzy Państwo,     17.05.05                                                                   17.05.05

 

 

Chcę podzielić się moimi spostrzeżeniami na temat konwencjonalnego leczenia nowotworu złośliwego w Polsce i niekonwencjonalnych metod używanych w tym celu. Będzie to opis choroby przeciętnego Polaka i środków, jakie miał do dyspozycji, aby mieć nadzieję na życie i wyzdrowienie.

Przypadek nowotworu złośliwego jelita grubego (okrężnicy) dotyczy mojej mamy. Jest klasycznym przypadkiem późnej diagnozy i standartowego leczenia klinicznego. W roku 2002 miała usunięty guz wraz z przyległymi węzłami chłonnymi. A następnie przeszła chemioterapię. Nie będę opisywać choroby przed operacją, dodam tylko, że od stycznia 2001 roku, kiedy nastąpił krwotok z odbytu, była pod stałą kontrolą lekarza specjalisty, który ją leczył na hemoroidy.

W lutym 2005 roku na rutynowym prześwietleniu stwierdzono zmiany w prawym płucu. Kolejne badania potwierdziły przerzut z jelita grubego (ta sama budowa komórkowa nowotworu).

Nie było mnie w kraju, kiedy mama przechodziła pierwszy zabieg i chemioterapie. Po 12 latach pobytu w USA wróciłam do Polski a mamy choroba miała ogromny wpływ na moją decyzje. Tym razem postanowiliśmy korzystać nie tylko z pomocy lekarzy, chociaż już po pierwszym zabiegu wysyłałam mamie zestaw ziół z Peru, miedzy innymi vilca core. Podczas mojego pobytu w USA często korzystałam z medycyny niekonwencjonalnej. Jest ona szeroko stosowana zwłaszcza w środowisku emigracji chińskiej, indyjskiej. Są prowadzone w  USA 3-letnie studia (systemem dziennym a 5-letnie zaocznym) tzw. naprapathy, lub medycyny naturalnej. Osobiście korzystałam z porady lekarza, który dodatkowo skończył te studia i zajmuje się akupunkturą, schorzeniami kręgosłupa, narządów wewnętrznych. Jest to Pan dr Pasminski, który przyjmuje w Chicago. Nie twierdze, że wszyscy lekarze w USA są bardzo otwarci na naturalne metody leczenia, ale z różnych względów maja do nich mniej asertywny stosunek. Często wywodzą się z kultur gdzie obydwie gałęzi medycyny mogą działać obok siebie mając na uwadze głównie dobro pacjenta. Rozmowa z takim specjalistą na temat medycyny niekonwencjonalnej jest możliwa. Niestety w Polsce jest to prawie nierealne.

Szukając na Internecie informacji o przypadku mamy natrafiłam na przytłaczające statystyki i informacje, które uświadomiły mi ze współczesna medycyna w jej przypadku jest bezradna i stosuje leczenie zachowawcze czekając gdzie nastąpi następny przerzut. Istnieją trzy drogi: operacja, naświetlanie i/lub chemia. Jeśli ktoś ma środki finansowe może dodatkowo postarać się o leki najnowszej generacji jak: Avastin czy Eributux. Istnieją jeszcze szczepionki na pewne typy nowotworów, ale nie na wszystkie i są one w fazie badan, plus trzeba je brać do końca życia. Po takich „studiach” na Internecie czułam ze w zakresie medycyny konwencjonalnej odrobiłam swoją prace domową.

Teraz trzeba było wspomagać mamy leczenie i z tym zamiarem szukałam dalej. Przypadek sprawił ze trafiłam na stronę Pana Marka Stawickiego, który pisał o jego doświadczeniach z chorymi, którzy używali vilca core. Miałam trochę informacji na ten temat i dodatkowo opisałam przypadek mamy. I tak zaczęła się nasza współpraca. Od dnia diagnozy mama jest pod stała obserwacja Pana Stawickiego, który wysyła jej energie, wskazuje zestawy ziół, witamin i minerałów. Musze przyznać ze nie wszystko jest dla mnie zrozumiałe. Szkoda, ze prawie nie istnieją materiały na temat tej konkretnej metody leczenia, lub ze jeszcze do nich nie dotarłam.

Mama miała wykonaną bronchoskopie (załączam opis zabiegu i wynik badania patomorfologicznego). Po jej wykonaniu rozmawiałam z lekarzem, który stwierdził ze guz miał nierówne, krwawiące krawędzie i po pobraniu wycinka mocno krwawił. Mama miała wyznaczona datę zabiegu. W miedzy czasie piła zioła, przykładała berło, mieszkanie miało odpromiennik. Pan Stawicki informował nas, ze w bardzo szybkim tempie guz zaczyna wysyłać coraz słabsze sygnały i komórki nowotworowe zanikają. Prosił o przesunięcie terminu zabiegu o tydzień. Rozmawialiśmy ze znajomym internistą, ale był on przeciwny odwlekaniu zabiegu. Pan Stawicki prosił o dodatkowe prześwietlenie mając nadzieje ze może to zapobiegnie operacji, gdyż guz nie wykazywał cech rakowych. Na prześwietleniu lekarz radiolog stwierdził marskość niedodmową. Chcieliśmy wykonać dodatkową bronchoskopie, ale lekarz nam odradził. Była już jedna był wynik a radiolog się po prostu mylił. Na moje sugestie ze robimy cos więcej niż czekanie na zabieg i chcemy to sprawdzić, czy są jakieś efekty zbył to milczeniem. Rozmawialiśmy głównie ze znajomymi lekarzami, jeśli nawet przyzwalają na takie działanie są bardzo sceptycznie do tego nastawieni. Inni grzecznie unikają tematu, bo widocznie nie maja nic innego do zaoferowania i nieludzkie jest odbieranie nadziei. Innym mama nawet o tym nie wspomina, bo nie chce im tłumaczyć, dlaczego to robi.

Wykonano wycięcie jednej części prawego płata płuc. Zabieg dzięki przypadkowi przesunął się o dwa tygodnie. Guz okazał się w 80% martwy, nastąpiła martwica. Nie było przerzutów do węzłów ani innych części płuc. Dołączam opis badania histologicznego. Nie wiem czy to jest możliwe z medycznego punktu widzenia aby w ciągu 3.5 tygodnia guz krwawiący, rozlany zmienił się w 80% w martwice. Lekarze sugerują chemie, bo twierdza ze guz może być w systemie krwionośnym. Chemia ma odroczyć następny przerzut.

Wiem, ze ludzie, którzy to przeczytają mogą mieć niedosyt faktów, badan, które stwierdzą ze nie ma komórek nowotworowych. Mama, czuje się dobrze stosuje zalecenia Pana Stawickiego, które nie zabraniają stosować się również do medycyny konwencjonalnej.

Ten list jest po to, aby podziękować Panu, Stawickiemu za jego zaangażowanie i prace. Uświadomić chorym i zdrowym, ze istnieje nadzieja na wyleczenie, a także postawienie diagnozy zanim nastąpią objawy choroby. Ta diagnostyka jest tania i możliwa do zweryfikowania. Pisze to również do lekarzy, aby byli bardziej otwarci na takie metody leczenia i jeśli tylko maja odwagę i chęć próbowali to badać i weryfikować. Jakże łatwo jest udowodnić oszustwo, jeśli się ma całe zaplecze nowoczesnej diagnostyki. Jakże wiele można zdziałać pracując wspólnie. Kiedyś sekcja zwłok była przestępstwem a lekarz do XVI wieku był rzemieślnikiem jak szewc czy kowal. Pokonywanie barier i szukanie nowych nawet niekonwencjonalnych dróg jest szansą dla medycyny i nas ludzi. Ignorancja może być zabójcza.

Nie będę rozwijać tematu psychologii w przypadku tej choroby. Z wielu względów jesteśmy bardzo zacofani w tym względzie. Komunikacja między lekarzem a pacjentem jest na poziomie tam-tamów, każdy sobie bije we własny bębenek. Rzadkością jest pełny dialog z pacjentem i jego rodzina. Zaznaczam, ze to są moje osobiste doświadczenia. Brakuje grup terapeutycznych, zwłaszcza w mniejszych i średnich miastach. Mam wrażenie ze lekarze nie są uczeni dialogu z chorymi i zapominają ze często nie leczą tylko ciało, ale i dusze. To jest specyficzny zawód i wierze ze do niego jest potrzebne powołanie. Pozwólcie nam szukać zdrowia również poza waszymi gabinetami i jeśli to możliwe chrońcie nas przed oszustami wskazując ich błędy, np. w diagnostyce. Ale nie ignorujcie tej drugiej strefy, która istniej obok was i z której często korzystają pacjenci bądźcie otwarci na dialog. My tez chcemy usłyszeć wasze opinie. Powtarzam tylko ze ignorancja może być chorobą śmiertelną.

 

 

 

                                                                                                   Agnieszka Wójcik

 

 

PS. Dane osobowe zostały usunięte z kopii badan. Komentarze i pytania proszę kierować pod mój adres: awojcik@hotmail.com